Wielki dzień! Dzień wydarzenia, które przez to, że w tak krótkim czasie zaplanowane, kosztowało naszą czwórkę pełnego zaangażowania i spięcia przez bite dwa tygodnie.
Wymiana elektryki oraz pociągnięcie jej w dalsze miejsca, uporządkowanie ogrodu oraz posiadłości, malowanie palików kokosowych oraz odświeżenie starych farb na ozdobach, wysprzątanie galerii, plus wszystkie aktywności stricte związane z wydarzeniem, jak wypożyczenie krzeseł, stolików, naczyń do kuchni; zorganizowanie występujących, stworzenie plakatu oraz promocja wydarzenia na miejscu oraz w Internecie. Pełna mobilizacja.




Odkąd tutaj jesteśmy nie pada ani razu. Noc wcześniej nie dość, że zrywa się bardzo silny wiatr (rano zbieraliśmy masę pospadanych gałęzi), to jeszcze mocno padało – co było dużym plusem akurat, bo nie trzeba było podlewać ogrodu w dzień eventu.
Godzina 11:00, zrywa się mocny deszcz! Wydarzenie na świeżym powietrzu huehue…
Całe szczęście po dłuższej chwili się wypogadza.
Abel i Lucy mieli jechać na zakupy dzień wcześniej, ale nie zdążyli, zostawili więc na dzień eventu. Godzina 12:00, oboje dalej nie ogarnięci, zakupy nie zrobione. Przypominam im grzecznie o tym brakującym elemencie.
Godzina 13:00, dalej haila baila.
Tak samo i 14:00. Moja niemiecka dusza już dostaje lekkich palpitacji.
Lucy w końcu jedzie ze swoim synem o 14:30 na zakupy, 30 min przed oficjalnym rozpoczęciem wydarzenia.
Abel, gospodarz, dalej niewykąpany ani nie ubrany. Już nie przypominam grzecznie, tylko twardo wysyłam go pod prysznic.
Godzina 15:00, rozpoczęcie imprezy! Abel ogarnięty, sprzedawcy rękodzieła i autor książek historycznych rozłożeni, zespół muzyczny w trakcie rozkładania się, bar już na miejscu i ani jednego gościa. ANI JEDNEGO. Nikogo.


Ale dobra, to latino, dajmy jeszcze chwilę.
15:15 wpada Lucy z zakupami. Chociaż wszystko na miejscu już ogarnięte. Człowieków dalej brak.
15:30 bez zmian.
15:45 również.
Spodziewałam się opóźnienia, ale nie na pewno tego, że prawie godzinę od czasu startu wydarzenia, nie będzie nikogo z widowni. Zaczynam się mocno stresować, bo jednak sprzedawcy, zespół i gospodarze jakieś koszty już ponieśli, a to ja nakręciłam wszystkich na to wydarzenie, pokazując ile korzyści może przynieść.
Nauczka na przyszłość – przedyskutować też ryzyka.
Gio mnie uspokaja, że to nie moja wina i nie mogę brać odpowiedzialności na siebie. Fakt jest taki, że nie mam na to wpływu, ale jest mi strasznie głupio, że całe to wydarzenie, to jeden wielki niewypał…
Godzina 16:00, w końcu ktoś przyjeżdża i to cała ciężarówka ludzi! A za nią kolejne wielkie auto i za moment jeszcze następni na horyzoncie. Dłuuuuugi wydech! Ktoś jednak przyjechał i to nawet całkiem sporo osób! Co za ULGA…




Jest mieszanka turystów oraz Nikaraguańczyków z różnych części kraju, a nawet i ze stolicy, Managuy.
Spotkanie prowadzi znajomy archeolog i autor książek historycznych na wydarzeniu wystawionych. Prezentuje zespół Las Urracas – mieszanka amerykańsko-nikaraguańska a na co dzień nauczyciele muzyki. Dają nieźle czadu i bardzo angażują publiczność. Jest przerwa a w trakcie niej sprzedaż rękodzieł, książek, obrazów oraz pierwsze zamówienia jedzeniowe i świeżych soków. Robię za kelnerkę i pomoc kuchenną.





Po przerwie jest przemowa gospodarza, więc wybiegam z kuchni z aparatem, żeby uwiecznić ten moment. Jest dużo podziękowań, między innymi i dla nas, ze słowami, że to wydarzenie bez nas by się po prostu nie odbyło. Rzeczywiście byliśmy jego kołem napędowym i trzymaliśmy trochę puls organizacyjny, ale tak naprawdę większość rzeczy Lucy i Abel ogarnęli sobie sami. Zostaję też wezwana na scenę i mówię kilka słów od nas, skąd i dlaczego się tu wzięliśmy i skąd pomysł na to wydarzenie. Potem Las Urracas ponownie umilają czas swoją muzyką przy akompaniamencie tego dnia wyjątkowo pięknego zachodu słońca!






Zamówienia na jedzenie i napoje się piętrzą, a my do dyspozycji mamy raptem zestaw do nakrycia na 6 osób. Jest już po 17, więc nie ma też bieżącej wody. Lucy stoi przy garach, ja zajmuję się napojami, nakładaniem na talerze i podawaniem do stołu. Brakuje nam rąk do zmywania, bo bez bieżącej wody, w małej kuchni jest to wyzwanie, więc proszę Gio o pomoc, który też dodatkowo wynosi ze mną zamówienia.
Wydajemy 20 posiłków w przeciągu dwóch godzin, co uwierzcie mi, przy takiej ilości talerzy i sztućców, wielkości kuchni i braku bieżącej wody jest niezłym wyzwaniem. Ach, nie wspomniałam o brakujących produktach, które w międzyczasie dowoził syn Lucy.
Kuchnia Lucy jest naprawdę wyjątkowa i nawet w takim chaosie nie straciła na jakości, wszystkim smakowało, skarg brak a nawet i jeden stolik zostawił napiwek!
Większość gości jest do ok. godz. 19, dłużej niż się spodziewaliśmy, ale bar na miejscu działał zdecydowanie na korzyść 🙂
Po godzinie 19 wynurzamy się z kuchni, bierzemy jakieś piwka, siadamy z pozostałymi gośćmi. Otrzymujemy dużo podziękowań od przyjaciół Abela, którzy już od dawna namawiali go na organizację takiego wydarzenia, ale nigdy się to realnie nie zadziało.
Oboje Abel i Lucy mają uśmiechy od ucha do ucha, widać, że są przezadowoleni, choć też zmęczenie przemyka na ich twarzach. My też je odczuwamy. Są bardzo zaskoczeni sukcesem wydarzenia – każdy zarobił na tym wydarzeniu, sprzedaż może nie była na jakimś szalonym poziomie, ale nikt nie wyszedł stratny. Na pewno nie byliśmy przygotowani na taką ilość zamówień jedzenia, ale koniec końców, wszystko udało nam się dostarczyć na stoły.
Pod koniec wydarzenia przyjeżdża chłopak, mówiąc, że ma rezerwację na dziś. Jestem prawie pewna, że blokowałam ten dzień na bookingu, ale sprawdzamy. Esteban ma rezerwację, ale dopiero na kolejny dzień. W pokojach wrzuciliśmy wszystko możliwe, co stało poza nimi, a na czas wydarzenia nie powinno. Zabieramy się więc za odgracanie i sprzątanie, tak żeby mógł dziś tutaj przekimać.
Kładziemy się późno spać, ale bardzo zadowoleni! UDAŁO SIĘ!
Następnego dnia od godziny 15 do wieczora popaduje. Wszystko po naszej stronie, nawet przyroda – podlała nam ziemię noc przed i w dzień przed wydarzeniem, ale czas zaplanowany na event pozostawiła suchym. Czytamy też podsumowanie eventu na największej grupie na facebooku na całej wyspie Ometepe.

“To był najlepszy event, na jakim byłam przez 9 lat mojego pobytu na wyspie”
Czuję taką dumę! Stworzyliśmy coś fantastycznego! Jesteśmy zdecydowanie dobrym zespołem. Fuzja polsko-nikaraguańska.
Celem tego wydarzenia było, żeby ludzie poznali to miejsce, które dla mnie jest po prostu piękne, prowadzone od serca i z ogromnym potencjałem. Chcieliśmy też im pokazać, że się da i to bardzo małym nakładem finansowym. Chcieliśmy, żeby uwierzyli w siebie i w potencjał tego miejsca. Nie mamy wpływu na to, czy tak będzie, ale już wiemy, że ciągną mały projekt na rozbudowę Casa del Artista i działają mocno w tym temacie. Wierzę, że pociągną to dalej i że za jakiś czas będziemy mogli zobaczyć efekty ich działań, odwiedzając ich ponownie 🙂
No Comments